wiesz mój kocie z łapkami
na kuchennym stole
planety są - jak
duże okrągłe kule
siedzisz spokojnie na takiej
wirując jednocześnie
i nic nie czujesz
udajesz że rozumiesz
ten wykład z astronomii
mrugając zielonym okiem
nie wiele mądrzejszy
niż kłębek - niż przed rokiem
myślisz że cała nasza gonitwa
nie warta twojego kłaka
ni wąsa
w ogromie wszechświata
ty i ja jesteśmy jak piasku ziarenka
hej! - wracaj tygrysku !
- przestań się dąsać
sobota, 14 sierpnia 2010
Oszarej godzinie
zmierzch na mojej skórze
osiadł szadzią lepką
tak do twarzy w tym kolorze
tak mi lekko
można patrzeć godzinami
w kwadratowe okien cienie
nikt nie krzyknie - matko jesteś?
... na makatce wodę piją
dwa jelenie
dwa jelenie piją wodę
gdzie żeś poszło życie młode
zapłakane roześmiane roztańczone
przegapione dokumentnie
rozhukało się namiętnie
dziś w samotny los bogate
każe patrzeć w okna kratę
a tam zmierzch się z ciszą kłóci
w kącie lalki i pajace
siedzą dumnie w jednym rzędzie
nikt staruszków nie wyrzuci
osiadł szadzią lepką
tak do twarzy w tym kolorze
tak mi lekko
można patrzeć godzinami
w kwadratowe okien cienie
nikt nie krzyknie - matko jesteś?
... na makatce wodę piją
dwa jelenie
dwa jelenie piją wodę
gdzie żeś poszło życie młode
zapłakane roześmiane roztańczone
przegapione dokumentnie
rozhukało się namiętnie
dziś w samotny los bogate
każe patrzeć w okna kratę
a tam zmierzch się z ciszą kłóci
w kącie lalki i pajace
siedzą dumnie w jednym rzędzie
nikt staruszków nie wyrzuci
Rozwód
ta pani przy moim stoliku
to moja była żona
dzisiaj dopięła swego-
jest świeżo rozwiedziona
napawa się tym uczuciem
jak dymem z papierosa
dumna i niepokorna
utarła wszystkim nosa
od dzisiaj nasz pies jej nie rusza
i jego miska pusta
bo to mój pies jest przecież
(jak ślicznie wydęła usta!)
wczorajsze okruszki z dywanu
to mój bałagan od dzisiaj
ona tu prawie nie mieszka
i kruszy tyle co myszka
a kiedy wyjdzie wieczorem
nie powie dokąd i kiedy…
suknię pobrudzi kawiorem-
ma przecież dość naszej biedy!
ta pani przy moim stoliku
swą kawę z wdziękiem dopija
ostatnią w takim duecie
bo wabi ją życie co mija
gdy zerkam znad okularów
na jej paznokcie i brwi
rozkoszne dwa widzę sztylety
i dziesięć kropelek krwi
to moja była żona
dzisiaj dopięła swego-
jest świeżo rozwiedziona
napawa się tym uczuciem
jak dymem z papierosa
dumna i niepokorna
utarła wszystkim nosa
od dzisiaj nasz pies jej nie rusza
i jego miska pusta
bo to mój pies jest przecież
(jak ślicznie wydęła usta!)
wczorajsze okruszki z dywanu
to mój bałagan od dzisiaj
ona tu prawie nie mieszka
i kruszy tyle co myszka
a kiedy wyjdzie wieczorem
nie powie dokąd i kiedy…
suknię pobrudzi kawiorem-
ma przecież dość naszej biedy!
ta pani przy moim stoliku
swą kawę z wdziękiem dopija
ostatnią w takim duecie
bo wabi ją życie co mija
gdy zerkam znad okularów
na jej paznokcie i brwi
rozkoszne dwa widzę sztylety
i dziesięć kropelek krwi
NA PERONIE
peron małego miasteczka
w chłodzie wieczoru pusty
ostatni liść tańczy z wiatrem
pod ławką skulony pies
na dworcu dach dziurawy
przykrył wspomnienia
nieszczelnie
w zepsutym oknie wagonu
odbita czyjaś twarz
szukamy na wyścigi
starych kolorów i gestów
w uśmiechu zastygło zmęczenie
drży na zegarze czas
za wcześnie uciekną tory
przeszłości nie dogonimy
tą chwilę odprawi gwizdek
zielony semafor - zgasł
w chłodzie wieczoru pusty
ostatni liść tańczy z wiatrem
pod ławką skulony pies
na dworcu dach dziurawy
przykrył wspomnienia
nieszczelnie
w zepsutym oknie wagonu
odbita czyjaś twarz
szukamy na wyścigi
starych kolorów i gestów
w uśmiechu zastygło zmęczenie
drży na zegarze czas
za wcześnie uciekną tory
przeszłości nie dogonimy
tą chwilę odprawi gwizdek
zielony semafor - zgasł
JABŁONKA
czekam niecierpliwie
niecierpliwie czekam
aż mi w kwadracie okna
wybuchnie bukiet
bieli
jakby pióra strącili
z całej okolicy
wszyscy anieli
czekam na tę chwilę
gdy w kruchych
gałęziach
zabrzęczy, zabuczy
zaroi
zlecą się z daleka
mali zalotnicy
wnet się stara jabłoń
do ślubu wystroi
niecierpliwie czekam
aż mi w kwadracie okna
wybuchnie bukiet
bieli
jakby pióra strącili
z całej okolicy
wszyscy anieli
czekam na tę chwilę
gdy w kruchych
gałęziach
zabrzęczy, zabuczy
zaroi
zlecą się z daleka
mali zalotnicy
wnet się stara jabłoń
do ślubu wystroi
niedziela, 25 kwietnia 2010
menelski blues
dziś po południu po osiemnastej
do meldunkowych zapuka biur
będzie króciutko - mocno spóźniona
ale na pewno - ale na mur
i co się cieszysz durna hołoto
spod budki z piwem
i mrocznych bram
wiosna dla wszystkich -
jak dziwka tania
bo tylko taką na co dzień mam
kilka butelek ślini się w kącie
a na barłogu stuletni kurz
wiosnę napoję - wiosnę przygarnę
i śpiewać będę wiosenny blues
do meldunkowych zapuka biur
będzie króciutko - mocno spóźniona
ale na pewno - ale na mur
i co się cieszysz durna hołoto
spod budki z piwem
i mrocznych bram
wiosna dla wszystkich -
jak dziwka tania
bo tylko taką na co dzień mam
kilka butelek ślini się w kącie
a na barłogu stuletni kurz
wiosnę napoję - wiosnę przygarnę
i śpiewać będę wiosenny blues
Przed nowiem
| |
Licealna znajomość bez szans
| |
BEZ TYTUŁU
wpierw wyśmiewali wykłócali
w rzędach
a potem głowy sypali popiołem
dzwonił dzwon stary jak stara potęga
smętnie jękliwie z ciężarnym mozołem
śmierć pod nim stała - pomięta
starucha co nie odejdzie
póki nie wysłucha
jutro się zbiorą na stołkach
zasiądą
rano zmówią pacierz i umyją zęby
i szklanym okiem patrzeć będą w puste
gotowi znowu strzępić swoje gęby
śmierć wśród nich stanie - pomięta
starucha co nie odejdzie
póki nie wysłucha
jutrzenka jasna i nadzieja
płocha
jak niewinne dziecię szukające Boga
że się żal wielki nie stanie daremny
i wstrząśnie łbami tamta wielka trwoga
by śmierć nie stała - pomięta starucha
nad krajem który
historii nie słucha
w rzędach
a potem głowy sypali popiołem
dzwonił dzwon stary jak stara potęga
smętnie jękliwie z ciężarnym mozołem
śmierć pod nim stała - pomięta
starucha co nie odejdzie
póki nie wysłucha
jutro się zbiorą na stołkach
zasiądą
rano zmówią pacierz i umyją zęby
i szklanym okiem patrzeć będą w puste
gotowi znowu strzępić swoje gęby
śmierć wśród nich stanie - pomięta
starucha co nie odejdzie
póki nie wysłucha
jutrzenka jasna i nadzieja
płocha
jak niewinne dziecię szukające Boga
że się żal wielki nie stanie daremny
i wstrząśnie łbami tamta wielka trwoga
by śmierć nie stała - pomięta starucha
nad krajem który
historii nie słucha
sobota, 13 lutego 2010
JESIENNIE
owinięta zapachem rozpalonych garnków
wzrok przejrzysty przeniosła
i wsparła na oknie
a tam pięciopalczaste drzewo
wielką dłonią macha
wrzos w liliowym zamgleniu
cicho w polu moknie
pozbierała zabawki
ułożyła klocki
na półkach plastikowe zarżały koniki
a tam za oknem drzewa
rozrzucają szczodrze
żołędziowych wojsk krocie
z kasztana ludziki
pozbierała pranie
szumiała żelazkiem
poczytała dzieciom
do magla pobiegła
oślepła w zatroskaniu
ogłuchła w bełkocie
kobieta w trosce zamknięta
jesieni nie dostrzegła
sobota, 6 lutego 2010
GDYBYM BYŁ BOGATY
trzeszczą stare kości wiekowych platanów
ciska wicher w błoto liściaste dukaty
stara zmora śwista
w dziuplach i zaroślach
ach, cóż byś uczynił
gdybyś był bogaty ?
chylą się ku ziemi wioseczki rodzimej
próchniejące płoty
przykucnięte chaty
skrzeczy na parkanie potargana sroka
a cóż byś ty zrobił
gdybyś był bogaty !
gdybym był bogaty
miałbym biczyk z piasku
kolasę wygodną
zaprzężoną w myszy
w księżycowym cudnym
kąpałbym się blasku
i kupił na zapas
cztery worki ciszy
ciska wicher w błoto liściaste dukaty
stara zmora śwista
w dziuplach i zaroślach
ach, cóż byś uczynił
gdybyś był bogaty ?
chylą się ku ziemi wioseczki rodzimej
próchniejące płoty
przykucnięte chaty
skrzeczy na parkanie potargana sroka
a cóż byś ty zrobił
gdybyś był bogaty !
gdybym był bogaty
miałbym biczyk z piasku
kolasę wygodną
zaprzężoną w myszy
w księżycowym cudnym
kąpałbym się blasku
i kupił na zapas
cztery worki ciszy
(nie) BAJKA
| |
PIELGRZYM
jestem pielgrzymem od zawsze
od miasta do miasta
wiedzie mnie ręka nieznana
nie mam kostura ni worka
grzechów nie pamiętam
przyjaciół gubię jak się
gubi klucze
w tą samą wodę nie wchodzę
dwa razy
stare adresy trzymam w niepamięci
czasem twarz czyjaś do czyjejś
podobna zawróci myśli
jak łódkę przez wiosła
uśmiecham się lub płaczę
do wspomnień dziecięcych lamentów
miasto moje rodzinne
moje(ś) i już nie moje
piękniejesz z dala i rośniesz
choć sercem cię nie ponaglam
a ja się kurczę co roku
jak gałgan wełniany
na deszczu
od miasta do miasta
wiedzie mnie ręka nieznana
nie mam kostura ni worka
grzechów nie pamiętam
przyjaciół gubię jak się
gubi klucze
w tą samą wodę nie wchodzę
dwa razy
stare adresy trzymam w niepamięci
czasem twarz czyjaś do czyjejś
podobna zawróci myśli
jak łódkę przez wiosła
uśmiecham się lub płaczę
do wspomnień dziecięcych lamentów
miasto moje rodzinne
moje(ś) i już nie moje
piękniejesz z dala i rośniesz
choć sercem cię nie ponaglam
a ja się kurczę co roku
jak gałgan wełniany
na deszczu
TELEFON Z SALI 107
powiedziała że jest chora a serce
nie sługa
kołacze jak u zająca
to znowu zamiera zupełnie
ćmą szarą ku światłu
trzepocze a jej lęk
o codzienność gubi włos
po włosie
marzenia ciekną słono
szpitalną koszulą
krępując ciasno nogi
co rano na parapecie życie jak
samobójca układa brudne
stopy nie mając odwagi
wzlecieć
a jutro - jak nadejdzie?
w głosie miała szelest
jesiennych liści
aromat szałwii
ostatnie słowa udławiła szronem
wzrok zamieniła w słuch
tak małe dziewczynki
zamieniają się lalką "na zawsze"
już nigdy nie będzie jastrzębiem
ale czy życie gołębia
jest mniej warte?
piątek, 5 lutego 2010
CZAS POMIĘDZY
nie zima przyszła nagle
bowiem już nie jesień
to taki czas >pomiędzy<
nie życiem a życiem
na grobach wiatr wpycha w kieszeń
dawno opadłe liście
bure szczeźnięte banknoty
przydatne w niebycie
jak stary podarty parasol
łudzisz się w przedpokoju
że wielkie nadejdą ulewy
i jeszcze wybiorą z szeregu
załopoczesz jak dawniej
- nic to druty złamane !
że nie włożą w mogiłę
z pierwszym nadejściem śniegu
czwartek, 4 lutego 2010
ZIMOWY WIERSZ
zimą się wierszy nie pisze
zimą się wiersze czyta
Leśmiana Tuwima Szymborską
bo vena śpi wtedy - i kwita
zimą sie wierszy nie pisze
bo zimno zbyt mokro i ciemno
trzeba się zaszyć w zacisze
z herbaty mieszanką tajemną
i siorbać dumając - szeleścić
kartkami białymi jak skrzydła
stronice oczami pieścić
własnego nie tworząc straszydła
pierwiosnków doczekać pierwszych
klekoty - rechoty usłyszeć
wszak w zimie nie pisze się wierszy
zimą pisze się ciszę
SMUTNA KOLĘDA
dawno nie widziałam gwiazdora
z rumieńcem jak rajskie jabłka
anioła o skrzydłach z bibuły
diabła z sadzą na nosie
... bracia patrzcie jeno...
od domu do domu snują się
szarzy bezdomni
zmarznięta kolęda
nie wybrzmiewa na sztywnych językach
... jak niebo goreje...
na betlejemskiej pocztówce
zimowa sceneria z ogniskiem
które nie ziębi nie grzeje
ot, szopka
... coś dziwnego...
NIEPRZYSTOSOWANY
z życiem podkulawionym
chociaż sam nie chromy
walczy samotnie z cieniami przeszłości
w zimnym domu wiaderko
doczekało się lustra
piec rozmawia z oknami
tylko w najtęższy mróz
przyjaciele ogrzeją
bezpłatną miłością
sześć kotów i dwa psy
za kilka misek pod progiem
i rękę od serca mniejszą
jeszcze śnieg leży
gdy prosi - przypomnij
bym wiosną okienko uchylił
w piwnicy - trzeba wypuścić
motyle
ZADYMKA
wierci kręci kłębi gna
posuwiście z wyciem świstem
gdzieś w kominie
hu hu ha !
ze świątecznym pędzi listem
z kry - na krę
i z rowu - w rów
byle prędzej- byle dalej
słychać w polu jazgot psów
to nie wiatr - to jakiś szalej!
próżno stopy znaczą ślad
jęczy w szparach mroźny flet
nagle cicho w polu siadł
i rozwinął biały pled
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)